Żywy cień z Nowopołocka. Jak reżim próbował złamać Andrzeja Poczobuta i dlaczego mu się nie udało
- 29 kwi
- 2 minut(y) czytania
Wtorek, 28 kwietnia, granica polsko-białoruska. Wybija trzynasta. Bartosz Wieliński, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wypatruje swojego przyjaciela. Gdy ten w końcu się pojawia, zapada cisza, która mrozi krew w żyłach.
„Zobaczyłem człowieka, który wyglądał, jakby właśnie wyszedł z obozu koncentracyjnego. Przed oczami stanęły mi czarno-białe zdjęcia z lat 40. Całkowicie wychudzony, niemal przezroczysty...” – wspomina Wieliński w rozmowie z TVN24.

Tak skończyło się pięć lat piekła dla człowieka, którego jedyną bronią było słowo. Andrzej Poczobut – dziennikarz, działacz i symbol oporu – w końcu odzyskał wolność. Ale cena tej wolności jest wypisana na jego twarzy.
Eksperyment na ludzkiej wytrzymałości
Zaraz po przekroczeniu granicy w Białowieży, Poczobut trafił w ręce lekarzy. Diagnoza „na oko” była oczywista: skrajne wycieńczenie. Badania wykazały jednak coś znacznie groźniejszego – niebezpieczne skoki ciśnienia i organizm na skraju wydolności.
W kolonii karnej w Nowopołocku – miejscu, które w białoruskim systemie uchodzi za „czarną dziurę” – nad Andrzejem prowadzono cichy eksperyment. Nie bito go pałkami. Próbowano go zniszczyć warunkami bytowymi.
„Lodowata cela”: Poczobut opowiedział, że siedział w izolatce, w której okno było otwarte na oścież – niezależnie od tego, czy był środek lata, czy sroga zima. Aby nie zamarznąć, musiał być w ciągłym ruchu przez kilkanaście godzin dziennie.
Psychiczne dno: Administracja więzienna za wszelką cenę próbowała obniżyć jego status w nieformalnej hierarchii więziennej, spychając go na sam dół drabiny społecznej.
Beton i deski: Regularne zsyłki do karceru, gdzie jedynym wyposażeniem były surowe deski, stały się jego codziennością.
Niezłomny: Dlaczego dyktatura przegrała?
Najbardziej poruszające w tej historii nie jest jednak fizyczne cierpienie, ale to, co Wieliński odkrył podczas długiej drogi z granicy do szpitala w Warszawie. Choć ciało Andrzeja stało się cieniem dawnego człowieka, jego duch pozostał nietknięty.
„Andrzej to wciąż ten sam Andrzej, jakiego pamiętam z czasów wolności. Jest nieugięty, dowcipny, wręcz promienieje optymizmem” – relacjonuje dziennikarz. Reżim Łukaszenki wielokrotnie składał mu ofertę: „podpisz prośbę o ułaskawienie, przyznaj się do winy, a wrócisz do żony i dzieci”. Poczobut za każdym razem mówił „nie”. Wybrał godność ponad wolność kupioną za cenę upokorzenia.
Za co naprawdę go więziono?
Oficjalne zarzuty brzmiały groteskowo: „podżeganie do nienawiści” i „rehabilitacja nazizmu”. Ale w Białorusi po 2020 roku te słowa to jedynie wygodne etykiety dla niewygodnych ludzi.
Prawdziwa „wina” Poczobuta polegała na jego chirurgicznej precyzji. Jako rodowity grodnianin znał system od podszewki. Punktował błędy dyktatury, pielęgnował polską historię i odmawiał milczenia. Za tę odwagę w lutym 2023 roku usłyszał wyrok: 8 lat kolonii o zaostrzonym rygorze.
Co dalej?
Dziś Andrzej Poczobut jest pod opieką specjalistów. Jego powrót to efekt skomplikowanej gry dyplomatycznej i wymiany więźniów między Polską, USA a Białorusią.
Historia Poczobuta to jednak coś więcej niż tylko polityczny news. To dowód na to, że nawet gdy zabierze się człowiekowi jedzenie, sen i ciepło, pozostaje coś, czego nie da się wyrwać siłą – wewnętrzna wolność. Andrzej uczy się teraz żyć w świecie, w którym okna zamykają się przed mrozem, a za prawdę nie idzie się do karceru. Patrząc na jego postawę, można być pewnym jednego: on wygrał tę walkę na długo przed przekroczeniem granicy.



Komentarze